Po raz pierwszy Siostra Faustyna przyjechała do Walendowa na trzydniowe rekolekcje przed rozpoczęciem trzeciej probacji. Było to w listopadzie 1932 roku. Kapłanem prowadzącym te rekolekcje był o. Edmund Elter SJ, profesor Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, który wtedy na krótki czas przyjechał do Polski, jakby właśnie na to spotkanie z Siostrą Faustyną. „Odbijało się w tym człowieku wielkie życie wewnętrzne – zapisała w dzienniczku. – Postać jego mówiła o wielkości ducha; umartwienie i skupienie cechowały tego kapłana” (Dz. 172). Mimo tak pozytywnego wrażenia, jakie odniosła po pierwszym dniu rekolekcji, Siostra Faustyna musiała stoczyć wielką walkę duchową nim podeszła do konfesjonału. Szatan mącił jej duszę, wzbudzał podejrzenia, wmawiał, że jej życie z Jezusem jest marzycielstwem, czystą histerią i złudzeniem, więc nie ma potrzeby zawracać głowę spowiednikowi tymi sprawami, najwyżej oskarżyć się z grzechów. Zgodnie z zaleceniem Jezusa po skończonej konferencji podeszła do konfesjonału i zaczęła spowiedź od wyznania pokus, które przeżywała. Ojciec Elter od razu rozpoznał jej stan duchowy i powiedział: „Cóż, siostro, niech siostra będzie najzupełniej spokojna. Jezus jest Mistrzem Siostry, a obcowanie Siostry z Jezusem nie jest ani histerią, ani marzycielstwem, ani złudzeniem. Niech Siostra wie, że na dobrej jest drodze. Proszę się starać o wierność tym łaskom i nie wolno Siostrze się usuwać od nich. Do przełożonych Siostra nie potrzebuje mówić o tych łaskach wewnętrznych wcale, tylko na wyraźny rozkaz Pana Jezusa, i to proszę się wpierw porozumieć ze spowiednikiem. Ale jeżeli Pan Jezus żąda czegoś, co jest na zewnątrz, to po porozumieniu się ze spowiednikiem powinna Siostra to spełnić, czego żąda Pan, chociażby Siostrę nie wiedzieć co kosztować miało (…). Niech się Siostra modli o kierownika duchowego, bo inaczej zmarnuje Siostra te wielkie dary Boże” (Dz. 174).
Po raz pierwszy usłyszała słowa, na które czekała prawie dwa lata. Nic dziwnego, że po skończonej spowiedzi nie mogła opanować radości, więc poszła do ogrodu, by tam – w ukryciu przed ludzkim okiem – swobodnie wypowiedzieć swoje szczęście Bogu. „Obecność Boża przeniknęła mnie na wskroś – zwierzyła się w dzienniczku – i w jednym momencie cała nicość moja zatonęła w Bogu. I w tym momencie odczułam, czyli odróżniłam, mieszkające we mnie Trzy Boskie Osoby, a spokój miałam w duszy tak wielki, że sama bardzo sobie się dziwiłam, jak można było się niepokoić” (Dz. 175). Ojciec Elter tak po latach wspominał tę spowiedź: „To, co mi mówiła, i sposób, w jaki to mówiła, wzbudziły we mnie przeświadczenie, że mam do czynienia z duszą prawdziwie przez Pana Jezusa wybraną. Zrobiła na mnie wrażenie «świętej» (…). Choć w ciągu trzydziestu z górą lat kapłańskiego życia stykałem się z wielu duszami dużej świątobliwości, nigdy – prócz jednego jeszcze wypadku – podobnego wrażenia świętości osoby, z którą rozmawiam, nie doznałem. Przeświadczenie to odnośnie Siostry Faustyny, której nawet twarzy nie widziałem, było wynikiem stwierdzenia w jej duszy przedziwnego połączenia darów mistycznych, poufałego obcowania duchowego z Panem Jezusem, z niezwykłą prostotą zewnętrznego sposobu życia i traktowania spraw codziennych. Byłem tym wielce zbudowany, na duchu podniesiony i wewnętrznie rozradowany”.
W czasie odnowienia ślubów, co czynią siostry zawsze wspólnie po ukończeniu rekolekcji, duch Siostry Faustyny zatonął w Bogu, a po Komunii św. zobaczyła Pana Jezusa. Z Jego serca – jak na obrazie – wychodziły promienie Krwi i Wody i usłyszała: „Mów kapłanom o tym niepojętym miłosierdziu Moim. Palą Mnie płomienie miłosierdzia, chcę je wylewać na dusze, [ale] nie chcą dusze wierzyć w Moją dobroć” (Dz. 177). Cały dzień spędziła w odczuwalnej obecności Bożej i nic jej w tym nie przeszkadzało, by nieustannie przebywać z Panem, nawet rozmowy z siostrami po rekolekcjach czy odwiedziny sióstr w pobliskim klasztorze w Derdach. Po spowiedzi u o. Eltera Siostra Faustyna miała już pewność, że jej spotkania z Jezusem są prawdziwe, więc Jego polecenia również.
Do Walendowa Siostra Faustyna powróciła w marcu 1936 roku na około sześć tygodni, by potem na krótko pojechać do Derd, a następnie na stałe do Krakowa. Wspólnota w Walendowie liczyła wówczas ponad 20 sióstr, które prowadziły nadto Dom Miłosierdzia dla około 50 wychowanek, Kolonię Karną z kilkudziesięcioma więźniarkami oraz ponad stuhektarowe gospodarstwo. Przełożona domu m. Serafina Kukulska wyznaczyła Siostrze Faustynie posługę w refektarzu i w kuchni. Pewnego dnia poleciła jej także oczyszczenie z pleśni ścian w jadalni i przyległego pokoju przed planowanym malowaniem. Siostra Faustyna tłumaczyła się, że jest chora na płuca i nie ma siły do tej pracy, ale nie została z niej zwolniona. Gdy s. Placyda – wiedząc, jak ciężka to praca, bo sama ją wcześniej wykonywała – zapytała Faustynę, czy się jej podejmie, w odpowiedzi usłyszała: „Ależ tak, otrzymałam polecenie, to je spełnię. Nie ufam w swoje siły, ale w pomoc Bożą”. Siostra Eufrozyna też to potwierdziła, mówiąc: „Widziałam, jak praca w kuchni ją męczy i jak pracuje z wysileniem i z jakąś dziwną radością i zadowoleniem. Podobały mi się dziwna łączność i miłość do Pana Jezusa Eucharystycznego. Gdyśmy szły do kaplicy, Siostra Faustyna powiedziała: «Chodźmy do Pana Jezusa». Widziałam jej miłość ku Panu Jezusowi taką, jak dwóch istot, i to jeszcze przed ślubem, zakochanych i myślących jedna o drugiej”.
Mimo cierpienia fizycznego i duchowego nie zamykała się w sobie, nie gasiła ducha apostolskiego, wprost przeciwnie – płonęła pragnieniem ratowania dusz. Siostrę Bożennę, która kierowała Penitencjarną Kolonią Rolną, prosiła, aby poleciła jej jakąś trudną duszę, to będzie się za nią modlić. „Rzeczywiście – wspominała s. Bożenna – wychowanka, którą objęła swymi modlitwami, nawróciła się. A była to dziewczyna 28-letnia, która od czasu swej pierwszej Komunii św. nie przystępowała do sakramentów. Sądzę, że był to skutek modlitw Siostry Faustyny, że nabrała wielkiego nabożeństwa do Matki Najświętszej i Serca Bożego i zaczęła odprawiać pierwsze piątki. Gdy po zwolnieniu z Zakładu w Walendowie, gdzie wówczas prowadziłyśmy Kolonię Karną, wyprawiłam ją w świat, byłam przekonana, że nie zejdzie już na złe drogi”. Siostra Faustyna coraz lepiej rozumiała też słowa Jezusa, zapisane w Ewangelii Janowej, o ziarnie, które musi obumrzeć, aby przynosiło plon, inaczej zostanie tylko samo, bo wyznała: „Co za radość wyniszczać się na korzyść dusz nieśmiertelnych. Wiem o tym, że ziarenko pszeniczne, aby mogło być pokarmem, musi być zniszczone i starte w kamieniach, tak i ja, abym była pożyteczna Kościołowi i duszom, muszę być zniszczona, chociaż na zewnątrz nikt nie dostrzeże mojej ofiary” (Dz. 641).
Swoje cierpienia fizyczne i duchowe, zwłaszcza związane z poleceniem założenia nowego zgromadzenia, łączyła z męką Jezusa. Z jednej strony doświadczała przynagleń i troskliwej Jego opieki, a z drugiej – hamowana była przez posłuszeństwo. Jezus wyraźnie jej przypominał: „Największe dzieła w oczach Moich są bez znaczenia, jeżeli są samowolne; a często są niezgodne z wolą Moją i zasługują raczej na karę, a nie na nagrodę. I znowuż najdrobniejszy czyn twój z pozwoleniem spowiednika jest miły oczom Moim i jest Mi niezmiernie drogi” (Dz. 639). Jednocześnie doznawała tak silnych przynagleń do działania, że nie znajdowała spokoju i pomocy szukała w konfesjonale. Tak się złożyło, że w tych dniach w Walendowie wypadała spowiedź kwartalna. W konfesjonale zasiadł o. Alojzy Bukowski SJ, którego znała z wcześniejszych pobytów w domu warszawskim. Opowiedziała mu o tej sprawie, której żąda Pan, i że już dłużej odwlekać jej nie może. Na to usłyszała: „Siostro, to jest złudzenie, tego Pan Jezus żądać nie może. Siostra ma śluby wieczyste, to wszystko jest złuda, Siostra jakąś herezję wymyśla” (Dz. 643). I krzyczał na nią prawie na cały głos. Zapytała więc: „Czy wszystko jest złudzeniem?”. Ojciec odpowiedział: „Wszystko”. Siostra Faustyna zdezorientowana pytała dalej: „A więc jak mam nadal postępować, proszę mi powiedzieć”, i usłyszała: „A więc Siostra nie może iść za żadnym natchnieniem, ma być rozproszona, nic nie zważać, co będzie w duszy słyszeć, a starać się na zewnątrz spełnić dobrze swoje obowiązki” (Dz. 643).
Kiedy odeszła od konfesjonału, przygniotły ją różne myśli, pokusy i podszepty Złego. Odczuwała z jednej strony ulgę, że wystarczy być dobrą zakonnicą, wykonywać swoje obowiązki i nie zwracać uwagi na wewnętrzne przynaglenia, a z drugiej strony ból ściskał jej duszę, że nie może obcować z Tym, którego tak gorąco pragnęło jej serce. „Z tą chwilą zakazu spowiednika – wyznała – zapadła w duszę moją ciemność wielka. Lękam się, aby nie usłyszeć jakiego głosu wewnątrz, aby przez to nie złamać zakazu spowiednika, to znowuż konam z tęsknoty za Bogiem. Wnętrze moje rozszarpane; nie mając własnej woli, ale zupełnie [jestem] zdana na Boga” (Dz. 644). Cierpienie wzmogło się w Wielki Czwartek, gdy weszła w rodzaj konania. Nie czuła obecności Bożej, lecz doświadczała Bożej sprawiedliwości za grzechy świata. Szatan szydził z jej wierności Bogu i przepowiadał jeszcze większe cierpienia, jeśli tej sprawy nie zostawi. „Ból mi ścisnął serce – wyznała – to ja mam wyjść z Zakonu? A jeżeli ojciec mi powiedział, że to jakaś herezja, to mam odpaść od Kościoła? Zawołałam głosem wewnętrznym i bolesnym do Pana: «Jezu, ratuj mnie». Jednak ani jeden promień światła nie wchodził do duszy mojej i czuję, że mnie siły opuszczają, jakoby rozdział ciała od duszy. Poddaję się woli Bożej i powtarzam: «Niech się stanie, o Boże, ze mną to, coś postanowił»” (Dz. 644).
Gdy cierpienie sięgało szczytu, przyszedł do niej Jezus w takiej postaci jak na obrazie, a strzała miłości przeszyła jej serce i usłyszała Jego słowa: „Powiedz spowiednikowi, że dzieło to Moim jest, a ciebie używam jako nędznego narzędzia” (Dz. 645). Odpowiedziała, że nie może nic uczynić, bo spowiednik zabronił jej słuchania Go, by nie ulegała złudzeniu. Ciągle powtarzała: „Przepraszam Cię, Panie, mnie nic nie wolno, ja muszę być posłuszna spowiednikowi. Jezu, przepraszam Cię najmocniej, Ty wiesz, co cierpię z tego powodu, ale trudno, Jezu, mnie spowiednik nie pozwolił iść za rozkazami Twoimi” (Dz. 645). Myślała, że takie jej postępowanie obraża Jezusa, ale On był zadowolony z jej posłuszeństwa spowiednikowi i powiedział: „O wszystkim mów zawsze spowiednikowi, co Ja ci polecam i co mówię do ciebie, a czyń tylko to, na co otrzymasz pozwolenie. Nie trwóż się i nie lękaj niczego, Ja jestem z tobą” (Dz. 645). I znowu jej duszę wypełniła radość, pewność i odwaga do pełnienia woli Bożej.
Coraz bardziej świadoma była tego, że jest praktycznie sama wobec zadań, jakie powierza jej Jezus, bo ludzie niewiele mogą jej pomóc w tej sprawie. Coraz mocniej i głębiej doświadczała losu proroka, który niesie brzemię orędzia Boga. Do ks. Sopoćki pisała z Walendowa, podając nowe światła Boże, jakie otrzymała w kwestii założenia zgromadzenia: „Widzę jasno, że nie tylko będzie zgromadzenie żeńskie i męskie, ale widzę, że będzie wielkie stowarzyszenie osób świeckich, do którego mogą wszyscy należeć i czynem przypominać miłosierdzie Boże, czyniąc miłosierdzie jedni drugim. Niechaj się Ojcu nie zdają te myśli szaleństwem, bo są prawdą szczerą, która niedługo będzie wprowadzona w czyn i chociażbym nie miała nikogo za dziełem tym, jednak nie zrażam się niczym, bo mi wystarcza, że wiem, że taka jest wola Boża” (L. 15). Dlatego całą ufność pokładała w Bogu, błagała o światło i wsparcie w chwilach trudnych, by mogła we wszystkim jak najwierniej wypełnić Jego wolę, pomimo trudności zewnętrznych oraz wewnętrznych. „O Jezu i Panie mój – modliła się – dopomóż, niech się ze mną stanie to, coś zamierzył przed wiekami, jestem gotowa na wszelkie skinienie woli Twojej świętej. Udziel światła rozumowi mojemu, abym mogła poznać, co jest wolą Twoją. O Boże, który przenikasz duszę moją, Ty wiesz, że niczego nie pragnę prócz chwały Twojej” (Dz. 650).
W Wielkim Tygodniu znów wypadła spowiedź u o. Bukowskiego. Siostra Faustyna, przynaglona od wewnątrz, podeszła do konfesjonału i opowiedziała o wszystkim, co się wydarzyło od ostatniej spowiedzi, o spotkaniu z Jezusem, o Jego słowach i swoim zachowaniu. Tym razem spowiednik spokojnie wszystkiego wysłuchał i tłumaczył jej powód, dla którego wcześniej nakazał, aby unikała spotkań z Jezusem i nie słuchała Jego głosu, bo bywają złudzenia nawet u osób świętych, a do tego może się dołączyć podszept szatański lub ze strony ułomnej ludzkiej natury. Posłuszeństwo Siostry Faustyny przekonało go, dlatego zapewnił ją: „Niech się Siostra nie lęka niczego, nic się Siostrze złego nie stanie, bo Pan Jezus nie dopuści. Jak Siostra jest posłuszna i w takim usposobieniu, proszę się niczym nie martwić. Bóg znajdzie sposób do przeprowadzenia tego dzieła, proszę mieć zawsze taką prostotę i szczerość, i o wszystkim mówić matce generalnej” (Dz. 646).
W Wielkim Tygodniu Siostra Faustyna w sposób szczególny uczestniczyła w męce Jezusa poprzez doświadczenia mistyczne i własne cierpienie, związane z realizacją idei założenia klasztoru kontemplacyjnego. W Niedzielę Palmową Jezus pozwolił jej w sposób mistyczny brać udział w Jego uroczystym wjeździe do Jerozolimy. Widziała, jak siedział na oślątku w otoczeniu uczniów i wielkiej rzeszy rozradowanych ludzi, trzymających w ręku zielone gałązki i rzucających je pod stopy Mistrza z Nazaretu. Poznała uczucia Jego serca, wypełnionego bólem z powodu ludzkiej niewdzięczności.
W Wielki Czwartek Siostra Faustyna przeżywała to, co Jezus wycierpiał w Ogrodzie Oliwnym, a cierpiała przez całą noc aż do poranka następnego dnia. Następnego dnia, Wielki Piątek, o trzeciej po południu zobaczyła Pana Jezusa ukrzyżowanego, który spojrzał na nią i wyszeptał: „Pragnę”. Wtedy ujrzała, jak z boku Jego wyszły te same dwa promienie, jakie są na tym obrazie, a w duszy odczuła gorące pragnienie zbawienia dusz i wyniszczania się za biednych grzeszników. Wraz z konającym Jezusem ofiarowała się Ojcu Przedwiecznemu za świat. Zaznaczyła, że w Wielki Piątek „Pan Jezus inaczej cierpiał w duszy aniżeli w Wielki Czwartek” (Dz. 648).
W czasie rezurekcji radowała się zwycięstwem Jezusa nad grzechem, śmiercią i szatanem. Jej duch zatonął w Bogu. Pełna świętego natchnienia i uwielbienia modliła się: „O Boże niepojęty. Jak wielkim jest miłosierdzie Twoje, przechodzi wszelkie pojęcie ludzkie i anielskie razem; wszyscy aniołowie i ludzie wyszli z wnętrzności miłosierdzia Twego. Miłosierdzie jest kwiatem miłości; Bóg jest miłością, a miłosierdzie jest Jego czynem, w miłości się poczyna, w miłosierdziu się przejawia. Na co spojrzę, wszystko mi mówi o Jego miłosierdziu, nawet sama sprawiedliwość Boża mówi mi o Jego niezgłębionym miłosierdziu, bo sprawiedliwość wypływa z miłości” (Dz. 651).
Relacjonując swoje przeżycia z ostatnich dni pobytu w Walendowie, pisała do ks. Sopoćki: „W pierwszą niedzielę po Wielkanocy, w to święto Miłosierdzia Bożego, w duszę moją wstąpiła taka wielka moc i odwaga do czynu, że naprawdę nie mogę się powstrzymać od tego zapału. Czuję, że już wkrótce to wszystko się rozstrzygnie. Gotowa jestem na wszystko, co mnie czeka! Tęsknię do tych cierpień i przeciwności, które mnie czekają. Trawi mnie pragnienie podobne do pragnienia, jakie miał Jezus przed męką swoją” (L. 24). Ksiądz Michał dziękował za modlitwy, wszystkie rady oraz relacje o sprawach duchowych i związanych z misją Miłosierdzia. Pisał w liście do Siostry Faustyny w maju 1936 roku: „Na razie nie widzę jeszcze żadnego postępu w sprawie wytworzenia warunków na owo zgromadzenie, ale nadziei nie tracę i robię, co mogę. (…) Gdyby Bóg dopomógł wydzierżawić owe widziane przez Siostrę ruiny, przystąpię do remontu, który potrwa dobrych parę miesięcy” (L. 27, 29). Informował też, że poznał panią Hemplową, która jest na etapie szukania jakiegoś zgromadzenia. Wspomniał jej o mającym powstać zgromadzeniu Miłosierdzia Bożego, czym się zainteresowała i zapragnęła spotkania z Siostrą Faustyną. Przy tym zaznaczył, że jej nie zna i nie wie, czy będzie to osoba odpowiednia do nowego zgromadzenia, ale „posiada pewną majętność i oświadczyła gotowość przekazania wszystkiego zgromadzeniu” (L. 29).
Fragment książki s. M. Elżbiety Siepak ISMM pt.: „Zachwycona Miłosierdziem”.
